MOTYWACJA, TRENING

SPORT NICZYM MYCIE ZĘBÓW, CZYLI CO ZROBIĆ ŻEBY WESZŁO W KREW – AKCJA MOTYWACJA #1

Jak wprowadzić sport na stałe do codzienności, cieszyć się długotrwałymi efektami i nie zrujnować sobie przy tym zdrowia?

Pewnie nie jednej osobie pytania te zaprzątają głowę, a z biegiem czasu mętlik coraz większy. Szukamy szybkich rozwiązań, z jednej strony chcemy „życiówek”, zazdrościmy innym wyników, formy, wszystkiego! Z drugiej bywa ciężko przyznać się do braku wystarczającej wiedzy, a przede wszystkim samozaparcia.

Choć blog ten skierowany do aktywnych fizycznie, to uwierzcie – nie jest to dla mnie tożsame z miejscem wartościowym jedynie dla zaawansowanych biegaczy czy innych sportowców. Z pewnością większość z Was jest na początku tej jakże fascynującej drogi i jesteście(a raczej jesteśmy!) tylko (albo aż!) amatorami borykającym się z wieloma wątpliwościami, którzy bez sztabu profesjonalnej opieki miewają chwile pełne zwątpienia i bezsilności. Kiedyś bez przerwy bywałam zagubiona i nie ma co ukrywać, nadal takie momenty mnie dotykają, ale rzadziej. To rzecz jak najbardziej ludzka. Po pierwsze nikt nie jest nieomylny. Po drugie doświadczenia nas budują, za co niezmiennie dziękuję losowi i nigdy się nie obrażam, gdy podstawi mi kłody pod nogi. Miewałam wiele wzlotów i upadków i chwała za to! Sporo wyniosłam z tych wszystkich lekcji, a teraz jak prawdziwa matka Polka mam jedno wielkie marzenie. Przekazać jak najwięcej treningowych mądrości kolejnym pokoleniom! 😀 I choć nie jestem specjalistą po AWFie, to nie czuję się z tego powodu gorsza. Z czystej pasji osiągnęłam pewnie więcej, niż nie jeden student tejże uczelni. Wewnętrzna potrzeba rozwoju popchnęła mnie ku kursowi trenera personalnego, a ten z kolei mocno zainspirował i pozwolił otworzyć się na schematy treningowe,  wcześniej niesłusznie oceniane jako bezskuteczne.

 

Głęboko wierzę że z natury jesteśmy spragnieni zdrowego, aktywnego trybu życia. Jestem pewna, że mamy równe szanse. Mamy też w sobie olbrzymie pokłady energii! Czasem tylko o nich zapominamy. Wszystko zaczyna się w umyśle. Musimy dać sobie szansę na zmiany. Odrzucić wszelkie zaprzeszłe komentarze na nasz temat, że słaby, wątły, flegmatyczny, że panienka z okienka…że ty dziecko się nie przemęczaj, daj sobie spokój… ale przede wszystkim musimy powalczyć sami ze sobą.

Kto wie, czy nasze przekonania o sobie nie są naszym największym wrogiem?

 

Przybliżę Wam dzisiaj tę mniej znaną stronę mojej osobowości. Jaki jest mój sposób postrzegania aktywności fizycznej? Jak to się u mnie zaczęło? Co aktualnie uprawiam i jak zmieniło się moje podejście do sportu na przestrzeni lat? I w końcu, jak ja do jasnej ciasnej to robię, że się tym sportem nie nudzę?

 

 

ZACZNIJMY OD POCZĄTKU!

 

Aktywność fizyczna jest dla mnie jak powietrze. Tak, sądzę, że to dobre określenie. Decyzję o zmianie trybu życia i próbie udoskonalenia swojego ciała, podjęłam w klasie maturalnej. Miałam za sobą okres bezsensownego odchudzania i wyniszczania organizmu. Efekty odchudzania były widoczne aż nadto, a ja wciąż nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Katowanie się cardio „do utraty tchu” – paliło mięśnie, zamiast budować kobiece kształty (w tamtych czasach moim ulubionym ćwiczeniem był orbitrek!).

W liceum dotarło do mnie, że dążenie do gubienia „zbędnych” kilogramów, to droga donikąd. Zmieniłam myślenie. Postanowiłam domowym sposobem zbudować mięśnie (teraz tak mała stymulacja do budowy mięśni wydaje mi się abstrakcją; wtedy, przy dosyć niskim poziomie wytrenowania takie minimum dawało efekty; dziś muszę więcej się się napracować – nanosić ciężarów). Nie chciałam być skinny-fat! Pomimo naturalnie szczupłej górnej części ciała, moim celem stały się jędrne ramiona – 2-3 razy w tygodniu 10 minutowy filmik z Youtube z 1-kg hantelkami oraz innego dnia – 10 minutowy filmik na pupę bądź nogi, które zawsze były moim olbrzymim kompleksem (pan niczym Krzysztof Ibisz zawsze przyprawiał mnie o uśmiech :D). Sądziłam, że nogi są toporne, a pupa płaska jak decha. Niewiele było w tym prawdy, choć nigdy nie byłam szczęśliwą posiadaczką brazylijskich pośladków. To był gorący okres zmian i nadziei przed wyjazdem na studia. Działałam jak w zegarku. Fascynacja rozwojem osobistym dała kopa i  nie wiadomo kiedy regularność przekształciła się w rutynę. Niby nic, parę minut ćwiczeń dziennie stało się nawykiem, a ja chciałam więcej i więcej! Euforia na widok pierwszych efektów nakręcała do dalszej pracy.

Ten moment był przełomowy. Odkryłam, jak plastycznym narzędziem jest moje ciało. Aktywność z głową sprawiała, że czułam się szczęśliwa, a jednocześnie byłam zdrowa. Wreszcie zrozumiałam, że to co naprawdę kształtuje nasze ciało to nie głodówka, a odpowiednio dobrane ćwiczenia.

Od tamtej chwili powolnego wkraczania w świat dorosłości, moje życie ulegało subtelnym zmianom – na lepsze, zdrowsze, bardziej aktywne. Aktywność fizyczna stawała się rzeczą równie oczywistą, jak mycie zębów. Korzyści wizualne były fajne, ale to co najbardziej mnie cieszyło to poczucie bycia znacznie silniejszą, niezależną i co tu dużo gadać – miałam po prostu multum energii do działania!

Czy zmiany przyszły mi nadzwyczaj łatwo? Tak się wydaje. Jednak motywy były znacznie głębsze. Desperacka chęć odcięcia się od „wychudzonej mnie”, beznadzieja sytuacji, olbrzymia potrzeba samoakceptacji, a jednocześnie odrobina perfekcjonizmu napędziły mnie do granic możliwości.

Nie raz musiałam powiedzieć sobie stop i stłamsić rozbujałe ambicje.

Zasada zdrowie najważniejsze. Metoda małych kroczków. Cierpliwość. To wszystko naprawdę zadziałało.

Otyła czy do reszty zastana nie byłam nigdy (nie miałam nawet nigdy nadwagi). To nie ulega wątpliwości. U przeciętnego „kanapowca” wdrażanie się w bycie aktywnym, może okazać się nieco mozolniejszym procesem, ale to nie znaczy, że warto się zrażać. Każdy z nas prędzej czy później dochodzi do etapu „pragnienia aktywności”. Dużą rolę odgrywa tu dzieciństwo i nasza pamięć mięśniowa. Jako małej dziewczynce, po części przymusem (tenis ziemny ;)), po części nie (6 lat tańca towarzyskiego, basen), rodzice wpajali mi sportowego ducha. Chcąc, nie chcąc ciało wykształciło wzorce ruchowe, za które teraz dziękuję.

 

 

JAK TERAZ ĆWICZĘ?

 

Aktualnie biegam – 2 razy w tygodniu, ćwiczę siłowo – 2-3 razy w tygodniu, w zależności od potrzeby uprawiam jogę i pływam (max. 1 w tygodniu), zaś moim środkiem transportu jest rower.

Na vinyasa jogę zapisałam się na początku studiów (instruktorka doskonała tutaj). Nieprawidłowa technika ćwiczeń w domu, prawdopodobnie doprowadziła mnie do kontuzji biodra. Nie było to nic na tyle poważnego, żebym nie mogła sama chodzić. Był to raczej głośny sygnał organizmu o potrzebie balansu. Na pierwsze zajęcia udałam się pełna obaw. Zupełnie niepotrzebnie. Lekcja minęła błyskawicznie i wspominam ją jako coś magicznego. Po dziś dzień dziękuję losowi za to odkrycie! Wewnętrzny spokój, dystans do siebie, równowaga, w dosłownym, jak i przenośnym tego słowa znaczeniu, to tylko nieliczne korzyści płynące z jogowania. Początki były ogromnym zaskoczeniem. Niby nie robi się wiele, a jednak nieprzyzwyczajone do pozycji ciało, trzęsie się jak galareta. To chyba wtedy po raz pierwszy poczułam core, czyli mięśnie głębokie!

Bieganie to historia miłości. Po części opisana już na blogu we wpisie o moim pierwszym półmaratonie. Skąd to się wzięło? Chciałam zacząć biegać, bardzo, ale to bardzo, lecz brakowało mi podstawowej wiedzy. Pierwsza próba skończyła się fiaskiem. Po 10 minutach, wściekła, zadyszana i czerwona jak burak wróciłam do domu. Tym razem Zosia samosia odpuściła. Aż pewnego pięknego dnia na mojej drodze pojawił się Przemek. Kolega z wolontariatu na triathlonie w Poznaniu. On – doświadczony biegacz – rozkochał mnie, nie tylko w bieganiu, ale jak potem się okazało również w sobie.

Ćwiczenia z ciężarem wprowadziłam stosunkowo niedawno. Znów z potrzeby nowej stymulacji mięśni. Bieganie, nadal będące moją największą pasją, nie należy niestety do najefektywniejszych sposób na utrzymanie kształtnej sylwetki. Historia zatacza koło. Intensywny wysiłek wytrzymałościowy, choć sprawia radochę, to robi ze mnie chudego „flaka”. Siłownia stała się wybawieniem. Buduje silne, zdrowe ciało, nie wspominając już o kontuzjach, którym zapobiega, a jak wiadomo one przy nieustannym klepaniu kilometrów pojawiają się nadzwyczaj często.

W pływaniu i rowerze nie doszukuję się niczego więcej niż formy relaksu i wygodnego środka transportu. W żadnym wypadku nie jest to dla mnie element przygotowawczy do triathlonu. Kto wie, być może w przyszłości się to zmieni? 😉

 

 

STANIE W MIEJSCU. CO WTEDY POCZĄĆ?

 

Momenty zwątpienia to chleb powszedni. Pojawiają się znienacka i naprawdę potrafią zepsuć wszystko. Często przejawia się to dużym spięciem, umniejszaniem tego, co już osiągnęliśmy, a także obawą, że to stracimy.

Poczucie to miałam przed startem w drugim półmaratonie. Tak mocno się nakręciłam na „życiówkę”, że całkowicie utraciłam zdolność trzeźwego myślenia i słuchania swojego organizmu. Ostatecznie złapałam nieciekawą kontuzją pośladka i powiedziałam „życiówce” bye bye!

Teraz jestem mądrzejsza.Potrafię spuścić z tonu.

Gdy mam wrażenie, że stoję w miejscu, wystarczy czasem, że po prostu odpuszczę. Nieustanne bycie dla siebie katem, naprawdę do niczego dobrego nie prowadzi. Warto mieć delikatnie zarysowany plan działania (np. w postaci wyznaczonych aktywności na dany dzień tygodnia), jednak nie warto traktować tego w kategorii – wszystko albo nic. Nie trzeba od razu odpuszczać całego treningu, można dać sobie tylko przyzwolenie na rezygnację w każdym momencie jego trwania, bądź mniejszą intensywność ćwiczeń. W rezultacie, w 99 procentach przypadków, jak już zaczniemy, tak pociągniemy do końca i jest też duża szansa, że będzie to jeden z najprzyjemniejszych treningów w naszym życiu!

Moim drugim sposobem na stagnację, jest przełamanie schematów treningowych. Gdy mam wszystkiego dosyć, oddaje się w ręce kreatywności – szukam nowych ćwiczeń, sprzętów, puszczam wodzę fantazji i działam. Taki treningowy flow to zbawienie! Niesamowicie otwiera głowę, pozwala na nowo odkryć swoje możliwości,  a to skutecznie chroni przed wypaleniem i całkowitą rezygnacją z treningów.

 

 

PO CO SIĘ TAK MĘCZYĆ?

 

Czasem mam tak, że myślę sobie jakie to życie osób nieaktywnych fizycznie musi być nudne i smutne. Wiem, iż ocena ta jest wielce niesprawiedliwa. Wiem jednak też, że wszystkie euforyczne łzy szczęścia i ten wewnętrzny ogień, który dał mi sport, są nie do przecenienia.

Sport to zdrowie i nie ma w tym ani krzty kłamstwa. Gdyby nie on, z pewnością, nie zwracalibyśmy tak bardzo uwagi na to co jemy. Bo skoro jest fatalnie, to czemu by się nie dobić tabliczką czekolady? Ja mam przeczucie, że nie trafiłabym tak szybko na wegetarianizm, który powoli doprowadził mnie do diety całkowicie roślinnej. Nie odkryłabym tak różnych i  cudownie dopełniających się aktywności fizycznych. Mam nieodparte wrażenie, że życie w ten sposób, pozwoliło mi bardzo się otworzyć i nie przejmować, aż tak mocno nieistotnymi rzeczami. Brak makijażu podczas biegu, czy pocenia się jak świnka w towarzystwie współtowarzyszy trudów już mnie nie peszą. 😀 A co najpiękniejsze, sport doprowadził mnie do tego miejsca, czyli decyzji założenia bloga o tym co najbardziej w duszy mi gra.

 

 

CO SPRAWIA ŻE SIĘ CHCE?

 

Ilu ludzi, tyle motywacji. Pierwsza pozycja? Nieustannie ta sama, czyli pogoń za figurą doskonałą, czasem chęć wyciszenia się, odcięcia od świata (introwertycy!), innym razem wyładowania emocji. Im bardziej narcystyczne pociągi, bym bardziej robi się destrukcyjnie, dlatego też nie fokusujmy się tylko na wyglądzie. Im mniej dążenia do figury idealnej, tym lepsze efekty gwarantowane. Tak, mogę poręczyć, że tak jest. Jakby to nie zabrzmiało, nauczyło mnie tego życie.  Najlepsze rezultaty osiągam zawsze, gdy całe to zamieszanie ze sportem traktuje po prostu, jako dobrą zabawę. Nie zmienia  to faktu, że lubię wyzwania. Lubię czasem zobaczyć na co mnie stać. Stawiam sobie małe cele, np. chcę się nauczyć robić poprawnie pompki. Moje pragnienie mocno wiąże się z potrzebą bycia sprawną, silną i obalenia stworzonego przez samą siebie mitu o słabej górnej partii ciała. Pojawiające się w głowie ciche marzenia, pchną mnie do przodu.

Niezwykle dyscyplinująco działają na mnie również zawody biegowe. Po niefortunnej kontuzji, czas na 2-3 miesiące przed startem staje się najlepszym darem od losu i możliwością celebracji każdego treningu. Tak było przed tegorocznym półmaratonem w Poznaniu. To był cudowny bieg! Nie było rozgoryczenia, że miałam zapas i gdyby nie to, tamto, siamto, mogłam szybciej. Była czysta satysfakcja, bo sama świadomie zadecydowałam, że biegnę w strefie komfortu. A zaufanie po kontuzji trzeba odbudować. No chyba, że chcemy być sezonowymi biegaczami.

Od kwietnia tego roku nie stawiam na okresy przygotowawcze do biegów, skupiam się raczej na budowaniu siły, a przede wszystkim na zdrowiu i równowadze. A gdy pojawi się jakiś spontaniczny start – nie panikuję, biegnę sercem i takie tego rezultaty. Wierzcie mi, organizm nie zapomina tak szybko, tego co sobie wypracowaliśmy. Forma nie znika od tak! I tym pozytywnym akcentem pragnę zakończyć moją przydługawą wypowiedź.

 

PODSUMOWUJĄC

Daj sobie czas, duuuuużo czasu. Nie martw się, że Twoja forma jest do niczego. Zaufaj sobie i działaj. Powolutku do celu!

 

A jak wygląda Twoja sportowa przeszłość i teraźniejszość?

Czym jest dla Ciebie aktywność fizyczna?

Pozdrawiam gorąco i dziękuję za wytrwałość. Prawdziwi z Was długodystansowcy! 🙂

 

 

BĄDŹMY W KONTAKCIE

Obserwuj fanpage bloga. Bądź na bieżąco z ciekawymi materiałami i nowymi wpisami na Facebook oraz Instagram.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Dora Czerwiec 21, 2017 at 12:31 pm

    Jestem, wspomnianym powyżej kanapowcem. Mam sporą nadwagę (z 10kg będzie) i zaburzenia odżywiania. Ale w końcu zwlekłam się z kanapy. Za mną 2 tyg wprowadzania w życie aktywności fizycznej. Przesiadłam się na rower. Ćwiczę trochę z Mel B, trochę z Body Project, wychodzę pobiegać (na razie 2km) i muszę przyznać, że chce się więcej. Cieszy mnie to, bo nie chciałabym znów zalec na kanapie 🙂
    Dodatkowo żywię się wg Twojego, wegańskiego jadłospisu. Jest super, tylko ja ziemniaczana jestem i baardzo mi brakuje pyrów. Do tego stopnia, że często myślę o chipsach 🙁 Więc muszę chyba ze 2x w tygodniu zrobić na kolację pieczone ziemniaki żeby na te chipsy się nie skusić 😉

    • Reply Agnieszka Czerwiec 22, 2017 at 10:14 am

      Super Dora! Brawo za wytrwałość i wiesz to wyjście ze strefy komfortu 😉 z czasem będzie tylko lepiej, energiczniej, naturalniej i w końcu aktywność stanie się jak mycie zębów 😉
      A co do diety, bardzo mnie to cieszy! Ziemniaki są zdrowe i pyszne, więc bez obaw możesz stosować takie rozwiązanie (tylko bez chipsów! No chyba, że domowe). Zresztą z tego co pamiętam, nie unikałam ich w jadłospisie, choć też jak to ja przeplatałam je z wieloma innymi wartościowymi produktami 🙂

    Leave a Reply