MOTYWACJA

MÓJ FOREST RUN – PO LESIE NAJLEPIEJ

Z relacją tą zanosiłam się cały tydzień. Mogę tłumaczyć się przeziębieniem, przesileniem jesiennym itp. Wymówek jest tysiące, ale czy naprawdę nie chcę się z Wami podzielić tym cudownym biegiem? Chcę, oczywiście, że chcę i to bardzo! Przenieśmy się zatem do soboty 17 września 2016 roku. Dnia, w którym przebiegłam wraz z moim chłopakiem (supportem) dające w kość 13 km, przez niektórych przyrównywane trudnością do biegów górskich.

20160917_131150

Zacznijmy od początku. Na biegu byłam trzy razy, jednak prawie za każdym razem w innej roli.

Dwa lata temu, jako niepewna siebie sarenka, nie odważyłam się nawet zapisać. Choć sama już troszkę biegałam, wybrałam opcję kibicki mojego chłopaka i naszych znajomych (pozdrawiam najbardziej szaloną podróżniczo-biegową rodzinkę! :)).

Rok temu Forest Run był dobrze przemyślaną decyzją, punktem pośrednim w planie treningowym ku jesiennemu półmaratonowi w Gdańsku.

Za to w tym roku, mogę go nazwać darem od losu.

Jak zapewne wiecie, świadomie zmodyfikowałam swoje cele. Na jakiś czas bieganie stało się jedynie dodatkiem do siłowni. Od kwietnia tylko jeden spontaniczny start w Biegu Świetlików. Maniacy biegania pewnie łapią się za głowy. Jak to lubisz biegać i nie startujesz?

Tak, dla mnie zawody są chwilą kiedy daje z siebie wszystko i w danym momencie totalnie nie zgrywa się to z moim celem budowania masy. Wracając do tego roku. Pobiegłam, gdyż jako zwyciężczyni zeszłorocznej edycji zostałam zaproszona na kolejny bieg (dziękuję organizatorom :)). Grzechem byłoby nie skorzystać!

 

MOJE PRZYGOTOWANIA

Ten akapit mógłby w rzeczywistości nie istnieć. Powinnam robić parę podbiegów tygodniowo. Poleciłabym to wszystkim, którzy będą startować w przyszłych latach.

Trasa prowadzi przez Wielkopolski Park Narodowy. Jest to bieg trailowy, wymagający, z paroma wybitnie ekscytującymi górkami ;). Góra tuż przed metą – zabójca. Także, wiedząc już jak wygląda trasa, mądrzej byłoby nadgiąć „pakerskie” postanowienia na rzecz paru biegowych akcentów. Pewnie byłoby łatwiej. Chociaż to tylko domniemania.

Aktualnie, od paru miesięcy, moje bieganie wygląda tak samo. 2 razy w tygodniu, 50-55 minut, spokojnie, w strefie komfortu tlenowego. Nie biegam z pulsometrem, Endomondo itp., ale po paru próbach mierzenia pulsu, doszłam do ważnych wniosków. Biegałam za szybko (na treningach). Nie dawałam odpocząć sercu. Każdy trening był na tym samym, przez specjalistów, nazywanym najmniej efektywnym pułapie stref tętna. Postanowiłam to zmienić, na rzecz nieustannie luźnych biegów. Jak widać dało efekty (jakże nieplanowane efekty!).

wpn_nowatrasa2015_wersjamala

 

DZIEŃ STARTU

Nie wiem czy to był znak z nieba, ale to przeziębienie przed startem, z pewnością mi nie pomogło. W czwartek leżałam jeszcze w łóżku, co prawda bez gorączki, ale katar, kaszel, ból mięśni, skutecznie zniechęcały do sobotniej imprezy. Z łóżka wygrzebałam się trochę domowymi sposobami – czosnek, cebula, czosnek na zmianę :), troszkę przy pomocy lekarstw na grypę. Na linii startu stanęłam z dużą niepewnością. Nie byłam nawet zniechęcona i przerażona, tak jak to było przed moim biegiem „na kontuzji”. Miałam całkiem dobry nastrój, ale nie miałam po prostu ochoty się ścigać, a wiadomo, że po zeszłorocznej edycji, pojawiały się w głowie pytania jak to się rozegra tym razem. Modliłam się, żeby dziewczyny na początku były tak mocne, że od razu nie dadzą mi szans, a ja zapomnę o całej presji, chorobie i będę mogła sobie spokojnie pląsać ku mecie.

Bieg ten ma to do siebie, że na początku nikt wrzuca najwyższego biegu. Jest żwawo, jedno nie tak szybko jak to bywa na biegach ulicznych. Wszyscy zapewne podtrzymują ogień na zbliżające się wzniesienia. 🙂 Po paruset metrach widziałam, że w porównaniu z zeszłym rokiem czołówka facetów jest bardzo mocna. A niech sobie lecą, pomyślałam i skupiłam się na sobie. Wcale nie wystrzeliłam, biegłam tak, żebym mogła oddychać, pokasływać, a ku mojemu zaskoczeniu, znów byłam na prowadzeniu.

W tamtym roku, byłam tym faktem zaskoczona, ale i podjarana, w tym zaaasskoooczooona!!

Naprawdę nie miałam żadnych złudzeń, że uda się biec gdzieś w czołówce. Ale skoro tempo jeszcze mnie nie wykańczało, to czemu nie pociągnąć? Wiecie co dzieje się w głowie w takich momentach? Wariuje! Ktoś z zewnątrz mógł sobie patrzeć na szczęśliwą dziewczynę, a w środku był kocioł. Miałam mega presję. Niby fizycznie dawałam radę, ale psychicznie wymiękałam. Wiedziałam, że moja ambicja nie pozwoli mi odpuścić, ale też, że jestem osłabiona i nieprzygotowana na podbiegi.

Początek trasy to jedno wielkie wyboisko. Kamienisto-piaszczysta droga na obrzeżach lasów jest tak nierówna, jakby jakiś żartobliwy chłopek specjalnie przejechał po niej kilka razy traktorem. Wtedy myślałam, żeby się nie przewrócić, kiedy to się skończy, po co się w to wpakowałam i  po cholerę mi to wszystko! Takie egzystencjalne pytania. 😀

Droga przez mękę trwała mniej więcej 6 kilometrów. Był chyba jakiś punkt odżywczy na 5 km (z którego nie miałam potrzeby korzystać) i dalej zaczynał się prawdziwy FOREST RUN! Od paru kilometrów miałam rozwiązanego buta. Dziękuję wszystkim pomocnym biegaczom za rady. Ja jednak twardo przystałam przy swoim. Nie mogłam się zatrzymywać. Naprawdę teraz nie wiem skąd to głupie myślenie, być może „trauma” po półmaratonie, na którym 5 razy musiałam to czynić. Strata czasu i demotywacja nie mała. Ale co ważniejsze? Te parę urwanych sekund czy całe zęby (i aparat)? W końcu się zebrałam i zawiązałam. Frustracja zakatarzonej mnie, kumulowała się coraz bardziej. Po paru metrach znów się zatrzymałam i wykrzyczałam do Przemka, że ja się dzisiaj nie nadaję! Nie czułam żadnej, ale to żadnej werwy do nieubłaganie zbliżających się podbiegów.

20160917_141807

W głębi lasu, coś we mnie pękło. Zaczęłam dostrzegać więcej niż tylko czubek własnego nosa. Odpuściłam myśl, że muszę trzymać tempo. Zwolniłam do bardzo komfortowej prędkości i cieszyłam się lasem. A było co podziwiać! Wąska ścieżka ciągnęła się wzdłuż Jeziora Góreckiego. Mój ukochany fragment, który chcąc nie chcąc wymusza na wszystkich biegaczach nieco więcej biegowej rozwagi. Wtedy to do mnie dotarło, że jestem we właściwym miejscu i wyjście ze strefy komfortu miało głęboki sens.

Całą sobą chłonęłam piękno natury, świeże powietrze i nie przejęłam się, że zostałam wyminięta przez leciutko pomykającą biegaczkę. W głębi duszy wiedziałam, że to i tak olbrzymie szczęście, że biegnę w tym biegu, a to czy dobiegnę jako druga czy setna nie ma najmniejszego znaczenia.

Pagórkowata trasa pozwoliła poczuć się jak dzieciak na placu zabaw. Było w tym coś odprężającego, bywały momenty wdzięczności i medytacji.

Aż do pierwszej prawdziwej góry! Nie wiem, jak wbiegłam na nią w tamtym roku. W tym nigdy w życiu! Nawet nie chciało mi się próbować. Wraz z pozostałymi biegowymi kompanami, weszliśmy na szczyt i z ironicznym komentarzem, że to by było na tyle… ruszyliśmy swoje cztery litery ku zbliżającej się mecie.

Mój towarzyszący mi chłopak starał się mocno mnie wspierać i podbudowywać. Czasem czułam, jakby czytał mi w myślach. Rzeczywiście w głowie znów pojawiły się diabołki. Nakłaniały, żebym już sobie odpoczęła, może na chwilę zatrzymała. Przemek krzyczał: „Masz silne nogi, dasz radę!”. Ja interpretowałam: „Do jasnej ciasnej piii ja nie chcę z nikim się ścigać”. Tak umilaliśmy sobie czas na ostatnich 2 kilometrach. Nie chciałam przyspieszać, a jednak podświadomie motywacja zadziałała i dałam z siebie nieco więcej.

 

Ostatnie pareset metrów to już dosłownie walka. Góra przed metą z kroku na krok stawała się coraz większa. Cały czas widziałam przed sobą pierwszą biegaczkę, jednak to był jej dzień. Pomimo jakże cudownie zapalających do walki okrzyków kibiców, nie miałam szans. Z ciężkim oddechem wyczekiwałam mety. Miałam wrażenie, że góra nie ma końca! Ostatnia prosta, która na innych biegach jest naturalnym sprintem, tutaj była chodzono-truchtanym czołganiem się. 😉

 

Ale co z tego!

Pokonałam lenia, nie zeszłam z trasy! Dobiegłam! Niecałe 30 sekund za pierwszą kobietą!

Oficjalnie 12,5 km. Nieoficjalnie ponad 13 km.

Czas 1h 7min 26s. Tylko albo aż 4 minuty wolniej niż rok wcześniej 🙂

 

Na mecie wspaniały drewniany medal. Kolejny „leśny puchar” do kolekcji i niezapomniane wspomnienia.

 

Dziękuję Przemek. Dziękuję Forest Run.

20160917_130935

 

 

 

 

Ciekawa jestem, czy ktoś brał udział i jak wrażenia?

Górki dały popalić? 😉

 

 

Pozdrawiam i przesyłam odrobinę leśnej magii!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply