MOJE BIEGANIE I NIE TYLKO, SPORTOWO

JAKICH BŁĘDÓW NIE POPEŁNIŁABYM PONOWNIE WYBIERAJĄC SIĘ NA SIŁOWNIĘ?

„Musisz umrzeć kilka razy, zanim zaczniesz naprawdę żyć”

Charles Bukowski

 

Ten wpis nie będzie motywacyjną metamorfozą w stylu: w 3 miesiące zamieniła się w boginię seksu dzięki…a takie błędy opóźniły jej fenomenalny progres. Wystrzegaj się ich, a osiągniesz sukces jeszcze szybciej!”. Choć zdjęcie sugeruje wiele, nie jestem typem człowieka, który na prawo i lewo obnosi się ze swoją zewnętrznością. Jednak, coś tłumiło się we mnie od jakiegoś czasu. Czuję, że 2019 rok jest odpowiednią porą na podzielenie się z Tobą moją historią. To dosyć powierzchowne, tytułowe zestawienie jest swego rodzaju przestrogą. Jeśli myślisz, że pozjadałeś wszelkie rozumy, wiedz, że ja też tak myślałam. No bo jak mogę zrobić sobie krzywdę będąc specjalistką od żywienia?

Niestety nie jesteśmy specjalistami od wszystkiego. Nie jesteśmy też stworzeni do wszystkiego. Walka o „swoje” marzenia, wbrew wszystkiemu, to jeden wielki bullshit.

Ten wpis nie będzie też kolorowy. To historia pełna goryczy, którą dosyć długo ze sobą przepracowywałam. Wierzę jednak, że skoro wyszłam z tego ……, to Ty też możesz!

 

Zacznijmy od początku. Kocham być w ruchu i nigdy nie pomyślałabym, że prawie zrujnuje mi życie! Teraz mam wrażenie, że takie trudne doświadczenia są po coś. Moje postrzeganie ciała i sensu ćwiczeń stały się dojrzalsze i po prostu bardziej świadome. Jak to było na początku? W styczniu 2014 roku trafiłam na fantastyczny sport, jakim jest bieganie. Odkryłam je dzięki cudownemu człowiekowi, który pokazał mi je od najlepszej strony. No byłam w siódmym niebie! Wreszcie do czegoś się nadawałam! W szkole nie lubiłam być oceniana, peszyły mnie sporty drużynowe, zaś bieganie powolutku otwierało mnie, dodawało pewności siebie i pozwalało spojrzeć na swoje ułomności z większym dystansem. Miałam wrażenie, że mój potencjał jest wreszcie w miarę pożytecznie wykorzystywany, że właśnie podczas przemierzania kolejnych kilometrów, przekraczania granic i robienia słynnych „życiówek” spełniam się, jako człowiek i jestem w stanie zrobić znacznie więcej dobrego dla innych. Czułam wolność. Jak w każdej bajce, pojawiło się załamania. Po ponad 1,5 roku biegania zahaczyłam o intensywną, aczkolwiek bardzo krótką kontuzję. To był taki mały cud, czyli od niemożności przejścia paru metrów – do półmaratonu w Gdańsku. Dokładnie tydzień lamentu, wizyt u ortopedów, fizjoterapeutów i osteopatów. Byłam naprawdę zdeterminowana. Półmaraton przebiegłam – oczywiście bez „życiówki”, otapingowana, z niemałym kryzysem na trasie. To był znak. Trzeba się uspokoić, dać odpocząć. Może nie narzucać sobie tak wygórowanych celów biegowych? Zdecydowanie. Zatem na początku 2016 roku obrałam nieco inny kierunek. Ukończyłam miesięczny kurs trenera personalnego. Jak pewnie domyślacie się, nie czułam się po nim kompetentna. Od samego początku wiedziałam zresztą, że jeden kurs nie jest w stanie załatwić mi wymarzonej kariery trenera. Sprawdziłam się. Poznałam parę niesamowitych ludzi i technik pracy z ciałem. Minęło kilka miesięcy, kurs poszedł w odstawkę, a ja nadal studiowałam dietetykę i biegałam w strefie komfortu. Aż nagle zdarzyło się coś niesamowitego. Wreszcie mogłam wykorzystać w praktyce wiedzę z kursu. W maju 2016 roku wygrałam miesięczny karnet na siłownię na Biegu Świetlików w Poznaniu (zajęłam II miejsce). Ależ to była manna z nieba! Marzyłam o zapisaniu się na siłownię, a tu taka miła niespodzianka!

Problem tkwił w tym że nie wiedziałam, a może raczej nie wierzyłam (?) w BARDZO istotny fakt.

Cele treningowe, pod żadnym pozorem, nie mogą się rozchodzić.

Moje, stały wręcz w rozkroku, który groteskowo zaczynał przypominał szpagat.

Chcesz budować masę? Naprawdę CHCESZ? Musisz więc być świadom, co czeka Cię na siłowni i czy na pewno będzie sprawiać Ci to frajdę, nie tylko przez pierwsze dwa tygodnie.

Ja, po części zaślepiona euforią spowodowaną odkrywaniem nowej aktywności fizycznej, po części może reklamowanymi efektami i fantastycznym samopoczuciem innych, oszukiwałam się zbyt długo. Moja potreningowa notatka po MIESIĄCU budowania masy, mówi zresztą sama za siebie:

„Cały czas czuję się trochę wypruta i bez motywacji, jakby cel został osiągnięty i to moje budowanie masy to był jakiś wymysł…”.

 

CELE UKRYTE GŁĘBOKO W ŚWIADOMOŚCI

Pierwszy oficjalny cel, który sobie postawiłam, to oczywiście budowanie masy mięśniowej i kobiecych kształtów. Cele nieuświadomione – utrzymanie dawnej biegowej formy (wytrzymałość!), a przede wszystkim tycie przy zachowaniu stosunkowo niskiego poziomu tkanki tłuszczowej (wytrzymałość!). Cele ukryte wynikały pewnie z ciągłego niezaspokojenia biegowych ambicji (po pierwszym półmaratonie czułam niedosyt; marzyłam o złamaniu 1h 40 min.; to doprowadziło mnie do kontuzji). Zamiast zwrócić się to specjalisty, kombinowałam sama. Podczas przetrenowania organizm naprawdę wysyła ewidentne sygnały, błaga o przerwę od forsownych treningów i wzmocnienia po kontuzji.

To przecież trzeba ten czas spożytkować należycie! Jasne. Bo po co dać sobie kilka tygodni na aktywny odpoczynek? Nie wystarczą najbardziej zbawienne dla ciała i umysłu formy aktywności! Joga, rower, spacery? Nudy. W takim razie mogę zafundować sobie jeszcze większy wycisk, tylko w dziedzinie, w którą wcale w głębi duszy nie wierzę? Mogę.

Pierwszy raz na siłowni pojawiłam się w czerwcu 2016 roku. Zaczęłam treningi z grubej rury. Z okresem regeneracji i budowania siły miały wspólnego niewiele. Powiedzmy sobie jednak jasno. To co robiłam, nie jest złe dla każdego. W danym miejscu i czasie, było zupełnie nieodpowiednie dla mnie. Jeśli zaś jesteś wypoczęty, zależy Ci na paleniu tłuszczu, budowaniu wytrzymałości i po prostu lubisz dźwigać żelastwo, to trening ten powinien Ci posłużyć. W pierwszych miesiącach przybierałam niemal na samej masie mięśniowej, zaś tkanka tłuszczowa pozostawała na tak samo niskim poziomie. Nie zauważałam tylko jednego. Tak intensywne ćwiczenia z obciążeniem nadają się dla osób, które mają poziom tkanki tłuszczowej w KONKRETNEJ normie i które są w stanie wybrać. Ja na tamten moment nie byłam. Nadal delikatnie biegałam, a rower traktowałam, jako środek transportu.

 

MOJE TRENINGI

Na początku była to kondensacja wszystkiego. Jako szczególnie wrażliwa na treningową nudę, zadbałam o ćwiczenia na przeróżne partie ciała czyli tzw. FBW (full body workout). Wszystko przeplatane. Trochę core, potem obciążenie do przyspieszonego serducha i przepalenia mięśni, potem znów aktywny „odpoczynek” np. z TRX. Skupiałam się na wszystkich grupach mięśniowych, co jest szczególnie zalecane dla początkujących adeptów siłowni. Sporo powtórzeń. Płynne przejścia między ćwiczeniami. Wiele z nich zaczerpniętych z maglowanych przez wiele lat workoutów z Youtube, czyli tzw. HIIT-ów np. silent HIIT-ów z Christine Salus. Trzymałam się jednak jednej żelaznej zasady: oprócz 10-minutowej rozgrzewki na bieżni – zero cardio – podskoków, wyskoków, przeskoków, czyli ekstra spalania kalorii, które miały przecież iść w tyłek. W moim wykonaniu, zasada ta, nie dawała gwarancji umiarkowanego treningu, bez przyspieszonego pulsu. Niemal zawsze, kolejnego dnia pojawiały się bóle mięśniowe zwane potocznie „zakwasami”.

Spójrzcie sami jak skrupulatnie przepracowałam pierwszy miesiąc. Miał być on tylko luźną zabawą, zachęcająco do dalszej pracy (czerwiec 2016). Odnotowałam wtedy 7 treningów. Zapisywałam wszystkie ćwiczenia, ilość powtórzeń, obciążenie i samopoczucie niemal przez cały „pobyt” na siłowni, czyli od czerwca 2016 do mniej więcej wiosny 2017 roku. Naprawdę lubiłam to robić i wydawało mi się, że kontroluję dzięki temu sytuację. No niekoniecznie. Potrzebne było parę głosów rozsądku z zewnątrz, który nakierowały mnie na właściwą ścieżkę. Z powodu OGROMU negatywnych konsekwencji zdrowotnych (refluks, zespół jelita drażliwego, zaburzenia hormonalne, stany depresyjne, gwałtowny spadek masy ciała, zaburzenia ośrodka głodu i sytości), które o zgrozo, tak wcześnie zaczęły o sobie sygnalizować (po miesiącu), w końcu zrezygnowałam z karnetu na siłownię. Wierzyłam, że małe zmiany wystarczą, że powoli wyprowadzą mnie z tego bagna. Niestety sytuacja tylko się pogarszała. Trening domowy, z mniejszym obciążeniem, kontynuowałam jeszcze przez parę miesięcy 2017 roku. Było to bardzo niepotrzebne. Na szczęście nadeszła jesień. Otworzyła przede mną nowy rozdział pełen jogi, delikatnego biegania i pogłębiającej się samoświadomości. Zaczęłam zdrowieć.

Mój pierwszy trening z czerwca 2016 r. (przez ten miesiąc pozostałe wyglądały bardzo podobnie, w lipcu zaczęłam wprowadzać trening dzielony, również bardzo mocny, do totalnego zmęczenia mięśniowego).

 

Jak widać, aż za bardzo zadbałam o to, aby trening nie był nudny! Chciałabym podkreślić, że całość trwała godzinę. Teraz nie jestem w stanie wyobrazić sobie, w jakim tempie wykonywałam ćwiczenia! 🙉

Potreningowa adnotacja satysfakcjonująca i bardzo myląca. Flow, niedosyt. Tak, tak, przez miesiąc, dwa, a potem, gdy efekty przestały być mocno widoczne, pary zaczęło brakować i pojawiły się problemy hormonalne oraz trawienne. Już w połowie lipca 2016 piszę np. o tym, że musiałam spędzić w łóżku cały dzień, ogarniała mnie totalna niemoc, nudności, „ssanie” i pieczenie między mostkiem a pępkiem, czego nie zaznałam nigdy wcześniej – przed siłownią. W konsekwencji doprowadziło to do poważnej choroby refluksowej, rozchwiania flory bakteryjnej jelit i niemożności trawienia świetnie tolerowanych wcześniej produktów, tj. np. jakże zdrowe płatki owsiane czy surowe warzywa np. papryka.

 

Jakie błędy popełniłam?

Odniosę je do Ciebie. Wyobraź sobie takie sytuacje. Odpowiedz szczerze czy to rzeczywistość.

Nie masz siły i ochoty iść na trening? Całe ciało jest „zakwaszone”? Najedz się! Genialny pomysł na chwilowe odzyskanie energii.  Dla „gadziego mózgu” przynęta idealna. Będzie chciał tylko więcej, a wyjście z niekomfortowej sytuacji stanie się coraz trudniejsze.

Słuchanie intuicji jest w dzisiejszych czasach przereklamowane. Po co czekać? Po co zdrowo zgłodnieć, skoro posiłki muszą być odhaczone? Może żołądek magicznie podwoi swoją objętość a jedzenie tego, na co kompletnie nie mamy ochoty stanie się nagle przyjemne? Nie stało się.

Byle co, byle jak. Smutek przeradza się we frustrację, a coraz większy stres treningowy odbija się na fatalnym stanie flory bakteryjnej jelit. Nie masz siły, ochoty i motywacji na zdrowe gotowanie, skoro czujesz się beznadziejnie nawet po zdrowych posiłkach.

 

 

Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że chowanie pod dywan życiowych niepowodzeń nie ma najmniejszego sensu. To, że pragnę być dla Was najlepszym przykładem, nie znaczy, że jestem nieomylna. Teraz zdystansowałam się do wszystkiego i widzę wyraźnie, że gdybym sama sobą wcześniej potrząsnęła, nie doprowadziłabym najpewniej do tak długofalowych i uprzykrzających życie konsekwencji zdrowotnych. Ponad 1,5 roku walki. Odbudowywanie zdrowia fizycznego i psychicznego było ciężkim procesem, ale sensownym.

Na szczęście podjęłam wiele uciążliwych kroków ku zdrowiu i znów odzyskałam radość życia! Bo jakaż to radość i beztroska, gdy jadąc gdzieś na wakacje czy po prostu wychodząc na miasto, nie martwię się czy znajdę coś ekstra lekkostrawnego. Czy nie pojawi się atak bólu refluksowego, który wręcz zżera od środka…? W moim życiu pojawiła się prawdziwa wdzięczność za to co mam.

Stanie się wrakiem człowieka, w totalnym dole i niemocy do twórczego działania było dla mnie nadzwyczaj pouczającym doświadczeniem. Teraz wiem, że skoro odzyskałam do siebie zaufanie, to Ty też możesz to zrobić. Nie oczekuj tylko, że stanie się to z dnia na dzień. Bądź cierpliwy. Dokonuj wielkich zmian, bo nigdy nie jest za późno na bycie sobą!

 

Mocno ściskam, dziękuję, że tu jesteś i wierzę mocno, że możesz decydować o sobie w najlepszy z możliwych sposobów! 🧡

 

BĄDŹMY W KONTAKCIE !

Wskakuj na Facebook oraz Instagram.

Komentuj i dziel się ze światem.

Twoja obecność z pewnością przyczyni się do nie jednego uśmiechu na mojej twarzy!

 

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply