MIT OBALONY, MOJE BIEGANIE I NIE TYLKO, SPORTOWO

CO SIĘ BARDZIEJ OPŁACA: nie jeść czy ćwiczyć więcej?

Co bardziej się opłaca? Czyżby odpowiedź nasuwała się od razu? Nawet nie muszę tłumaczyć na czym ta opłacalność miałaby polegać. No przecież! Nie można wybrać jednego! Zdrowy styl życia, dzięki któremu nasze sylwetki zaczną przypominać boskie posągi, nakazuje jeść mniej i mniej, przy równoczesnym zwiększaniu intensywności/objętości treningowych… czysta matematyka. Nieprawdaż?

Niezupełnie.

Lata zainteresowania dietetyką mocno zweryfikowały moje przekonania, a może po prostu weryfikuje je moje doświadczenie? Pewnie po części tak. Nachalne wypowiedzi „specjalistów” propagujących posiłki po 300 kcal sprawiły, że jeszcze nie tak dawno sądziłam, że każda kaloria jest na wagę złota, a nawet niewielkie odstępstwa mogą skutkować niemal błyskawiczną przemianą w tkankę tłuszczową*. Aż wstyd to pisać! Jednak skoro już tu jesteście, to wierzę, że moja uzewnętrznianie się nie pójdzie na marne ;-). O paradoksie obserwuję często takie przeświadczenie u osób wydawałoby się świadomych i nie mających podstaw do tego typu myślenia. Tłuszczu boją się naprawdę bardzo aktywni fizycznie! Czy aby słusznie? Czy tę obsesję nakręcającą na lepsze wyniki i bardziej odtłuszczone ciała, powinniśmy zwalczać?

 

MOJE „WIĘCEJ” W TRENINGACH

Jak szczerze by to nie zabrzmiało, to rzeczywiście dopatruję się wszechogarniającego nas szaleństwa. I szaleństwem nie jest tu nawet chęć bycia w sztywnych ramach tabeli tłuszczu (bo mniej tłuszczu, to szybsze bieganie! sic!)! To tylko nasze ego, które da się poskromić. Dla mnie największym szaleństwem jest obserwacja, której dokonałam na sobie. Miałam okazję biegać na diecie wegetariańskiej i wegańskiej. Z mniejszą i większą intensywnością oraz objętością treningową. I wiecie co? Szaleństwem są mechanizmy organizmu, odwrotne do tego co dyktowałyby suche kalkulacje i schematy dietetyczne. Gdy narzuciłam sobie reżim nieadekwatny do mojego wytrenowania (nad wyraz wymagający plan biegowy zakładający 4 intensywne biegi w tygodniu, niekiedy odcinki w tempie 4:15-4:30 min/km + mocne treningi uzupełniające, bez wcześniejszego okresu resetu i regeneracji), moje ciało, choć spalało tysiące kalorii, nie traciło tłuszczu, a tkanki tłuszczowej/opuchlizny (gromadzącej się wody) wręcz przybywało! Czułam się, jak parówka. Dosłownie. Pomimo obiektywnie wysportowanej i szczupłej sylwetki, mojemu ciału to ewidentnie nie służyło i zaczęło działać na opak.

Dobitnie nauczyłam się wtedy, że więcej nie znaczy wcale lepiej. Ćwiczenia fizyczne mają swoją granicę, której my amatorzy nie powinniśmy przekraczać. Sądzę, że moje żywieniowe umiejętności sprawiły, że nie popadłam w obżarstwo i nie skończyłam jako 100 kg Agnieszka – coach potato ;-). Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka, jednak wiedz, że nie tędy droga.

Wiem, że w głębi duszy to wiesz. Wiesz, że im więcej się ćwiczy, tym ciężej zapanować nad zdrową dietą. Po prostu nie ma się siły, chęci i czasu. Cała energia idzie na trening, trening i jeszcze raz trening…

Jak było u mnie? Ośrodek głodu i sytości szalał! Nadeszła ciężka do poskromienia fala głodu. Wszystko ok? Dużo ćwiczeń + dużo jedzenia. Bilans na zero? Gdy przyjrzeć się temu bliżej to niekoniecznie. Sytuacja ta daje wrażenie bycia w pułapce. Ćwiczyć więcej się już nie da, a mniejsze porcje, przy tak nakręconym apetycie, to nieustanny stres, wypłukiwanie komórek z witamin i minerałów, a mięśni z glikogenu. Organizm chłonie wszystko jak gąbka. Boi się, że kalorii zabraknie i skrzętnie zamienia w tkankę tłuszczową bądź gromadzi w postaci wody. Okrutne uczucie, które przez moment sprawiło, że przestałam czuć radość z treningów.

Feralny przypadek? Nie sądzę. Gdybym niczego nie zmieniła i nie zobaczyła czarno na białym płynących z tych zmian korzyści, pewnie pomyślałabym, że tak już musi być. Pojawiłaby się bezsensowna akceptacja. Na szczęście odważyłam się na chwilę pomachać memu ego, odstawić na bok wyimaginowane plany i po prostu ćwiczyć mniej.

Efekty? Przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Opuchlizna zeszła, brzuch przestał być wzdęty, apetyt się unormował (do tego stopnia, że nie muszę już jeść dokładnie co 3-4 h), wróciła szalona radość z aktywności fizycznej i spokój ducha, którego tak bardzo mi brakowało. Wyskoczyłam z tego szaleńczego kołowrotka. A co najlepsze – najmroczniejsze scenariusze się nie ziściły – moja kondycja nie uległa wcale pogorszeniu!

 

PRÓBA NIEJEDZENIA

A teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, co robi w takiej kryzysowej sytuacji przeciętny, „profesjonalny” sportowiec (a jednak amator)?

Oczywiście dochodzi do wniosku, że wina leży po stronie złej diety. W końcu pora zrobić redukcję, uczynić dietę jeszcze bardziej wegańską w swej wegańskości… jeść surowo, szukać wyciskarek, sprzętów kuchennych, cudów, wianków i przede wszystkim ograniczyć kilokalorie… Przy czym treningi oczywiście są świętością.

A guzik prawda! Dobrze już wiesz, że to nie działa! Dopóki nie zmniejszymy ilości, a przede wszystkim intensywności treningów, dopóty będziemy chwiejni, jak ta chorągiewka na wietrze!

 

OPŁACA SIĘ…

Pora wprowadzić zmiany! Po pierwsze wyluzuj. Zmniejsz ilość treningów! Ćwiczenie 6-7 dni w tygodniu, przy prowadzeniu normalnego trybu życia (zakupach, pracy, sprzątaniu, rodzinie) to idealna recepta na frustrację. 4 treningi w tygodniu wystarczą (co nie oznacza ciągłego siedzenia przy laptopie! Spaceruj, używaj roweru, jako środka komunikacji, po prostu zdrowo korzystaj ze swojego aparatu ruchu :)). Zadbaj o jakość ćwiczeń i naucz się nie przeginać. Uwierz, że to, w połączeniu z nieprzetworzonym i roślinnym lub prawie całkowicie roślinnym sposobem odżywiania, da naprawdę niesamowite rezultaty! Zniknie balon z brzucha, nogi przestaną być ciężkie i opuchnięte, waga się ustabilizuje, a posiłki zaczną wydawać się naprawdę duże i satysfakcjonujące (naturalnie zaczniesz jeść mniej). I bez obaw! Jeśli będziesz słuchać swojego organizmu, nie grozi Ci żaden efekt jojo. Tylko bez oszustw. Folgowanie sobie z nabiałem i mięsem pociąga za sobą szereg mechanizmów, które mogą sprowadzić Cię do punktu wyjścia (o uzależniających właściwościach nabiału pisałam tutaj).

 

Podsumowując, przypadkom, dla których sport to życie, radziłabym przede wszystkim diametralnie zmienić sposób myślenia (tak jak zrobiłam to ja parę lat temu). Przy wysokim poziomie wytrenowania i świadomości żywieniowej (oczywiście przyjmując, że hormony działają prawidłowo), nie opłaca się ani nadmierne ograniczanie jedzenia ani zwiększanie już i tak olbrzymiej ilości treningów. Nic z tych dwóch działań nie przyniesie zadowolenia z sylwetki i wyników sportowych, jeśli nie zrozumiemy, że należy zrobić właśnie na przekór! Ćwiczyć mniej, a mądrze! Dietą się nie przejmować i uwierzyć, że takie banalne rozwiązania dają najlepsze rezultaty.

 

 

Masz podobne doświadczenie? Podziel się proszę swoją historią w komentarzu. A, jeśli nie chcesz się ujawniać, napisz do mnie prywatnie na biegiemdolodowki@gmail.com.

 

 

BĄDŹMY W KONTAKCIE !

Wskakuj na Facebook oraz Instagram.

Komentuj i dziel się ze światem.

Twoja obecność z pewnością przyczyni się do nie jednego uśmiechu na mojej twarzy!

 

 

* Teraz już jestem w stu procentach pewna, że tak nie jest. Dlatego też nie komponuję diet 1500 i mniej kcal. Dla mnie nie mają racji bytu. Nie sposób na nich nie zgubić mięśni, zagwarantować sobie odpowiednią ilości witamin i związków mineralnych, a co najważniejsze zapomnieć o efekcie jojo. Jemy i jeszcze raz jemy! Tylko z głową, a jak głowa za mgłą, to zgłaszamy się do specjalisty 😉

 

Previous Post Next Post

You Might Also Like

8 komentarzy

  • Reply Magdalena Luty 9, 2018 at 7:32 am

    Super tekst 🙂 Dał mi dużo do myślenia, bo chyba borykam się z podobnym problemem, a mianowicie ćwiczę 6-7 razy w tygodniu i czuje się opuchnięta… Cóż, chyba czas wyluzować 🙂 tylko to jednak nie aż takie proste

    • Reply Agnieszka Luty 11, 2018 at 5:03 pm

      Dzięki Magda! Wiesz już samo uświadomienie sobie, że jest tak a nie inaczej jest olbrzymim krokiem do przodu 🙂 mogę Cię tylko zapewnić, że naprawdę poczujesz się wolna, gdy troszkę odpuścisz. Też nie wierzyłam, a teraz nie wierzę, że tyle lat się tak bezsensownie męczyłam. Mocno trzymam kciuki! 🙂

  • Reply Marlena Luty 10, 2018 at 7:01 pm

    Bardzo pouczający wpis 🙂 A gdyby tak poruszyć temat o tych, dla których jedzenie jest życiem? Ciągłe myślenie o jedzeniu, czy nie za dużo nie za mało, nie chce się liczyć kalorii, ale bez nich ma się poczucie tracenia kontroli, braku efektów… Chętnie bym przeczytała jak Pani o widzi. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Reply Agnieszka Luty 11, 2018 at 5:14 pm

      Dziękuję gorąco za komentarz 🙂 tak, jedzenie może stać się zmorą, gdy zaczyna być lekarstwem na wszelkie smutki i ograniczenia. Bardzo ważny temat, który postaram się w najbliższym czasie rozwinąć. Pozdrawiam ciepło 🙂

  • Reply Justyna Luty 13, 2018 at 11:20 am

    Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twojego bloga. Super, że podchodzisz do tematów tak racjonalnie, a w dodatku popierasz dietę wegańską. 🙂 Zostaję stałą czytelniczką bloga i liczę gorąco na wspomniany w komentarzu wyżej tekst o takim obsesyjnym podejściu do jedzenia. Tymczasem lecę czytać kolejne treści na blogu. 🙂 Miłego dnia! 🙂

    • Reply Agnieszka Luty 13, 2018 at 1:43 pm

      Dziękuję! <3 cieszy się, że moje racjonalne podejście jest zrozumiałe w tym zwariowanym świecie kontrastów i kontrowersji 🙂 życzę miłej lektury i również wspaniałego dnia! 🙂

  • Reply Justyna Luty 15, 2018 at 2:27 pm

    Cieszę się, że w końcu wzrasta świadomość dietetyków i istnieją takie osoby jak Ty Agnieszko, które o tym głośno mówią, o racjonalnym podejściu do diety i aktywności fizycznej , bo jak sobie przypomnę siebie 4 lata temu na diecie od dietetyczki 1100 kcal i jeszcze do tego wzmożona aktywność fizyczna i ciągły głód, to już wiem skąd biorą się zaburzenia odżywiania. A teraz ciągle próbuję jeść normalnie tzn. nie myśląc obsesyjnie o jedzeniu i nie objadając się kompulsywnie. Myślę o diecie wegańskiej i mam pytanie czy jadłospis z Wilczogłodnej wege byłby na początek o.k., żeby zobaczyć w ogóle jak komponować posiłki i ile jeść (bo to ciągły dylemat!)?
    Pozdrawiam
    Justyna stała czytelniczka bloga

    • Reply Agnieszka Luty 16, 2018 at 11:40 am

      Justyna dziękuję Ci bardzo za ten komentarz! 🙂 W takich momentach czuję, że moja praca ma sens 🙂 Powiem Ci w tajemnicy, że na Wilczogłodnej szykuje się niebawem nowy jadłospis na 2300 kcal. Uważam, że powinnaś spróbować 🙂 choć nie jest w 100% spersonalizowany, to stanowi naprawdę gruntowną wiedzę i inspirację do tego, aby zacząć właściwie się odżywiać. Określenie dieta jest nieadekwatne. Taki plan trzeba po prostu na sobie przerobić, aby zobaczyć co jest dla nas najbardziej odpowiednie, aby pewne czynności weszły w nawyk i by móc potem samemu, bez problemu, odżywiać się zdrowo w zgodzie ze swoją intuicją.
      Pozdrawiam serdecznie!

    Leave a Reply